Gorsety i czajniki
25.01.2012 :: 16:59

Zanim zamieszkaliśmy we dwoje, Dojrzali I Życiowo Doświadczeni Ludzie zawsze powtarzali mi, jak ciężkim będzie to zadaniem. Ile czeka nas awantur, frustracji i nerwów. I że najprawdopodobniej nasz związek tego nie przetrwa. Generalnie lepiej by było, gdybyśmy do końca życia mieszkali osobno.

Dziś, dwa i pół roku później, w końcu zrozumiałam, o co im chodziło. Mieszkaniowy układ z Łukaszem jest równie sielankowy jak był zawsze, ale za to mam ochotę zamordować naszego współlokatora, M.
Skąd wziął się M.? Cholera wie. Zamieszkał w jednym z pokojów w czasie, gdy Łukasz był w Szkocji a ja w domu. Dokładając się finansowo do mieszkania, pomagał rodzicom Łukasza je utrzymać, co daje chociaż odpowiedź na pytanie: dlaczego. M. jest w tym niewygodnym wieku, kiedy on chce, żebyśmy mówili mu na "ty", a mi nie przechodzi przez gardło żadna inna forma niż "pan". Pracuje w stacji radiowej i prowadzi program w sobotę czy niedzielę. Jego zajęcie w czasie wolnym to doprowadzanie mnie na skraj morderczej pasji.

Na pierwszy rzut oka M. nie robi właściwie nic. On tylko siedzi sobie w salonie przed laptopem/ telewizorem. W praktyce oznacza to, że przez całe popołudnie i wieczór zajmuje otwartą przestrzeń wspólną. Spróbujcie czerpać radość z gotowania kolacji, kiedy za plecami siedzi wam obcy facet. Spróbujcie swobodnie ją zjeść w miejscu innym, niż bezpieczny azyl łóżka we własnym pokoju. Spróbujcie bez skrępowania wyjść do łazienki w samym ręczniku. Włączyć ciężką muzykę. Rozłożyć się z blokiem na stole kuchennym i porysować. Namiętnie się całować i ściągać z siebie fragmenty garderoby. Generalnie robimy wszystkie te rzeczy poza dwoma ostatnimi, ale traktując je jako obowiązki, a nie celebrację codzienności we dwoje.
Na początku kiedy się wprowadził, to nie był żaden problem, bo M. pomieszkiwał sobie tylko kątem. Wpadał dosłownie na 2-3 dni w tygodniu, resztę spędzając w rodzinnym mieście; wychodził rano i wracał wieczorem. Był niczym opiekun roku u mnie na studiach - ponoć istniał, ale nikt go nigdy nie widział. Niestety, zanim zdążyliśmy wrócić z Londynu, M. całkiem się już zadomowił. Zaczął odważnie wychodzić ze swojego zacisza i bywać częściej - na 2 tygodnie spędzone w Warszawie, wracał na 2-3 dni do domu. Jakby tego było mało, ostatnio wraca z pracy między 15 a 16, odbierając mi i Łukaszowi jakąkolwiek szansę na intymność.

Jednak tym, co naprawdę doprowadza mnie do furii, są drobiazgi. Przyzwyczajenia wyniesione z domu, które wchodzą w konflikt z moimi własnymi.
1. Czajnik. Na czajniku widnieje podziałka, a przy ilości 1,7l jest napisane MAX. Co to może oznaczać? M. ewidentnie nigdy się nad tym nie zastanawiał, gdyż za każdym razem robiąc sobie herbatę wlewa dobre 2l, jak nie więcej. Robi sobie mały kubeczek i resztę wody zostawia. Gdyby mu nie przeszkadzać, pewnie podgrzewałby tę samą wodę 8 razy. Tymczasem podczas gotowania woda traci tlen, i żeby uzyskać jak najlepszy smak herbaty, należy zawsze gotować świeżą. Już nie wspominając, jakie to marnotrawstwo energii i czasu podgrzewać 2l, kiedy potrzebna jest szklanka. Toteż za każdym razem ja mu tę wodę wylewam. Przelewam ją do dzbanka, z którego potem podlewam kwiaty, a w akcie desperacji piję. I tak sobie żyjemy - on zalewa cały czajnik, ja cały wylewam. Mam nadzieję, że irytuje się tak samo jak ja.
2. Talerze. M. jada w domu tylko kanapki [przypuszczam, że wychowany pod kloszem założonym przez żonę, nie potrafi nawet usmażyć sobie jajecznicy]. Kruszy przy tym jak pięcioletnie dziecko, na stół, na podłogę, na krzesła. Część tych okruszków jakimś cudem ląduje na talerzu. Jeśli może ten talerz później włożyć do zmywarki, to go wkłada. Ale jeśli zmywarka jest świeżo umyta, to on odłoży swój brudny talerz na suszarkę przy zlewie. Nie rozpakuje zmywarki; o nieee. Nie umyje po sobie talerza. Nawet nie wsadzi go do cholernego zlewu, jak nakazywała by przyzwoitość. Nie; on odłoży go na suszarkę. A ja ten talerz odkładam mu później na stolik w salonie, przy którym siedzi. Ciekawe, czy w ogóle załapał, o co chodzi. Przypuszczam, że nie, ale daje mi to chociaż minimalną satysfakcję. Kiedyś, gdy włączyłam zmywarkę i wyjechałam na 3 dni, po powrocie zastałam 5-6 brudnych talerzy czekających na suszarce [sic!].
3. Pralka. Pralka otwierana jest od góry i znajduje się w łazience, gdzie i tak jest kiepska wentylacja. Zawsze po praniu zostawiam klapę otwartą, żeby bęben wysechł, bo inaczej, nie owijając, śmierdzi. A on mi zawsze tą klapę zamyka. I tak to wygląda: wczesnym wieczorem wyjmuję pranie. On, kładąc się spać, klapę zamyka. Ja, kładąc się spać, klapę otwieram. On rano zamyka. Ja rano [czyt. o 12] otwieram. Jest to bodajże jedyna wojna, jaką wygrywam, bo siedzę więcej w domu.
4. Podłogi. M. nie tylko kruszy niczym cała grzęda kur; ma również jakże miły zwyczaj chodzenia po domu w butach. Wraca z pracy, je, idzie do łazienki, siada przed telewizorem - wszystko w butach. A jak wyglądają warszawskie chodniki, każdy wie. Rano zaczyna dzień od założenia butów. Tupie niemiłosiernie, gdy Łukasz próbuje złapać ostatnie minuty snu, i kursuje. Kuchnia-łazienka. Kuchnia-przedpokój. Kuchnia-sypialnia. Kuchnia-przedpokój razy jeszcze pięć. Robi przy tym straszny syf, szczególnie podłoga w łazience jest czarna. I to chyba dobija mnie najbardziej, bo jak dotąd nie wymyśliłam żadnego sposobu, żeby mu oddać.

Dlaczego prowadzę z nim wojnę podjazdową, zamiast porozmawiać i wytłumaczyć ekonomikę gotowania wody, mikroklimat pralki i to, że mycia naczyń i podłóg wcale nie załatwiają małe skrzaty w zielonych kapelusikach? Otóż nie wiem, jak właściwie mam się do niego zwrócić. Głupio zwracać uwagę facetowi, który jest w wieku moich rodziców [bez względu na to, co on sam na ten temat uważa]. W ogóle głupio mi się do niego odzywać. Nie chcę urazić go mówiąc per "pan", a z drugiej strony przez gardło mi nie przejdzie inna forma*. Drugi, jeszcze ważniejszy powód jest taki, że Łukasz i jego rodzice uważają, że jeśli ktokolwiek powinien mu zwrócić uwagę, to tylko tata Łukasza, który o tym nigdy nie pamięta, a z kolei ja nie chcę się mieszać w cudze układy. Toteż tak sobie żyjemy. Czasem zastanawiam się, czy my przeszkadzamy mu równie bardzo, jak on nam. Czy drażni go pusty czajnik i otwarta pralka. Czy przeszkadza mu bałagan, który my czasem robimy [ale sprzątamy po sobie sami, dziękuję bardzo]. Czy nie może znieść kuszących zapachów smakowitych potraw gotowanych przeze mnie, gdy na niego czekają tylko kanapki [nie będę go codziennie częstować, wystarczy, że uważa mnie za swoją sprzątaczkę, żeby jeszcze dołożyć do tego kucharkę]. Czy jego osobiste feng shui zakłócają pogniecione plastikowe butelki leżące obok kosza. Albo kabel sieciowy, który przeciągnęliśmy przez salon, a którego nie może przeboleć mama Łukasza. I ciekawe, czy polubiłby Devildrivera.

I tym sposobem ktoś, którego uważałam za sympatycznego, niegroźnego faceta, stał się moim adwersarzem [co ciekawe, synonimy.ux.pl podaje dziennikarza jako synonim adwersarza - to by się nawet zgadzało]. Nie życzę mu źle; życzę mu niewygodnie. Na tyle niewygodnie, żeby się wyprowadził. Ponoć są na to minimalne szanse. Jeśli się nie wyprowadzi, a nasza sytuacja finansowa się poprawi, to wyprowadzimy się my, żeby w końcu naprawdę posmakować życia tylko we dwoje. Co też nie byłoby taką złą opcją.

Przede wszystkim jednak współczuję jego żonie.
Dla mnie domowe równouprawnienie to fakt. Myśl, że miałabym obsługiwać Łukasza niczym skrzyżowanie służącej, kelnerki i praczki jest dla mnie równie niepojęta, co - powiedzmy - kąpanie się raz w miesiącu. Ponoć ludzie kiedyś tak robili, ale to zamierzchła przeszłość. Oczywiście w tym momencie odwalam większość obowiązków domowych, ale to cena jaką płacę za nie chodzenie do pracy i opierdalanie się całymi dniami. To się skończy, i to całkiem niedługo. Nawet gdy patrzę na poprzednie pokolenie to widzę mojego tatę, który potrafi chwycić za żelazko czy odkurzacz, gdy zajdzie taka potrzeba, albo tatę Łukasza, który przed przyjazdem mamy Łukasza nie tylko pogania nas, ale sprząta też sam. Tymczasem nasz dziennikarz, wydawałoby się człowiek oświecony i zapoznany z wynalazkami XX wieku, okazuje się reliktem ery gorsetów i bicykli. Wystarczyłoby, żeby Łukasz okazał się choć w jednej czwartej taki jak on i rzeczywiście - po moim wprowadzeniu się nasz związek zakończyłby się pewnie z hukiem.
Jak bardzo ten człowiek by mnie nie irytował, muszę mu przyznać, że niesłychanie poszerzył moje horyzonty. Już wiem, o co walczyły [i walczą] feministki. Wiem, czemu wspólne docieranie się kobiety i mężczyzny może być takie trudne, jeśli wychowywani byli w domach o różnych wzorcach postępowania. Wiem, jak dobrze sama trafiłam. Boże, ile ja mam szczęścia.

__________
*Problem, którego nie mam w stosunku do moich znajomych studentek podyplomowych, a które są w wieku różnym. Ale o tym innym razem.

skomentuj (0)



Nie robienie niczego to też jakaś decyzja
23.01.2012 :: 00:32

Mój aktualny niezwykle szczęśliwy żywot składa się ze spania, jedzenia, nie robienia niczego i czasem, w przerwach, robienia... w każdym razie robienia czegoś. Podczas gdy ja próbuję delektować się tym najpiękniejszym, najspokojniejszym okresem w moim życiu, czas biegnie jak szalony. Pory roku zmieniają się codziennie. Gdy zasypiam, chodniki, parking między blokami i och-jakże-romantyczne dachy garaży zasypują bielutkie płatki śniegu. Przy czym zaznaczyć trzeba, że kolor biały jest raczej domniemany, bo w świetle ulicznych latarni wygląda bardziej na szaropomarańczowy. Gdy wstaję, a nie są to wczesne godziny, odkrywam za oknem zaawansowaną wiosnę. Wychodzi [domniemana] zieleń trawników, kapią roztapiające się pokłady lodu. A wieczorem od nowa, bo czemu by nie.

Przechodząc do konkretów. Zapytać by można, co wraz ze wspomnianym upływem czasu się zmienia w moim życiu. Jakie to cele osiągnęłam, a jakie nowe sobie wyznaczyłam. Ale byłoby to pytanie wielce nietaktowne. Bo powszechnie wiadomo, że od dobrych dwóch miesięcy mój główny, odnawiający się codziennie cel to: wstać z łóżka.
Można by zapytać, jak miewa się moja świeżo odkryta wegetariańska strona. Będzie to pytanie równie nietrafione. Po kilku dniach, które minęły na fali nieskrępowanego entuzjazmu, pojawiły się pierwsze schody. Czy był to pierwotny, niezaspokojony zew krwi? Czy upomniała się o mnie moja pozycja w łańcuchu pokarmowym? Czy wypadają mi włosy, paznokcie i zęby z braku tajemniczych związków chemicznych zawartych tylko i wyłącznie w mięsie?
Gdzie tam. Prawda jest trywialna. Po prostu ciągle albo jestem u kogoś, albo ktoś u mnie gotuje dla mnie, albo wyciąga mnie gdzieś, gdzie wegetariańską mogę zamówić co najwyżej colę. Z natury nie należę do osób, które odmawiają jedzenia [chyba że zawiera podejrzane składniki], a natura okazuje się silniejsza od wszystkich postanowień. Rozwiązaniem byłoby oczywiście uświadomienie wszystkich wokoło, że stałam się roślinożercą, ale nie do końca mi to odpowiada. Zanim oficjalnie przykleję sobie metkę, chciałabym najpierw ją trochę ponosić, sprawdzić czy jest wygodna, czy nigdzie nie uwiera i czy dobrze komponuje się z moimi butami. To moja zaufana i wielokrotnie sprawdzona strategia. Do dziś spotykam ludzi, którzy święcie wierzą, że nie piję alkoholu, nigdy nic nie paliłam i - bo ja wiem - robię coś treściwego z moim życiem.

Doskonale wiem, na czym upływają mi całe dni. Na czytaniu książek i oglądaniu seriali. Wybieram wielotomowe/sezonowe, żeby wciągnęły mnie na dłużej. Ponieważ każde zakończenie wieloodcinkowej serii oznacza brutalne wyrzucenie z jej świata, ze sztucznie stworzonego, dopasowanego do moich potrzeb, bardzo komfortowego świata, w którym mogę się zatopić i nie myśleć o tym, jak bardzo właśnie marnuję swój czas. Powoli uzależniam się od cudzych historii, które zastępują mi rzeczywistość.

Za to nie wiem kiedy zrobiłam się tak okrutnie płytka i pozbawiona szerszych ambicji. W liceum miałam tyle planów, tyle zainteresowań. Czytałam książki noblistów i próbowałam je zrozumieć. Chodziłam na wystawy sztuki nowoczesnej i próbowałam hm, może nie zrozumieć, ale chociaż spojrzeć i doznać jakiejkolwiek refleksji. Chciałam wyrobić sobie opinię na temat kina europejskiego. Interesowałam się, o zgrozo, polityką. Miałam tak zwane własne zdanie, chociaż na ile było ono naprawdę moje, ciężko stwierdzić. Dzisiaj jestem regularnym odbiorcą serwisu deser.pl i potrafiłabym wymienić może 2-3 ministrów. Strzelając. Wszędzie słyszę ACTA i SOPA i nawet nie chce mi się o nich poczytać, chociaż mam nieodparte wrażenie, że akurat ten wycinek polityki może mieć realny wpływ na moje życie.
Jak to się właściwie mogło stać? Myślałam że z czasem ludzie się rozwijają, a nie kurczą. Kiedyś byłam chyba o wiele atrakcyjniejszym rozmówcą.
Dziś jestem przynajmniej emocjonalnie stabilniejszym.

A jednak, podjęłam jeden mały kroczek, by jednak coś ze sobą zrobić. Zapisałam się na rysunek. Cholera wie po co właściwie, bo umówmy się, wielką artystką to ja nie zostanę. Ani nawet malutką, jeśli o to chodzi. Rysunek nie AutoCAD, do CV sobie nie wpiszę. W życiu mi się do niczego nie przyda. Ale miałam się rozwijać, posiadać jakieś pasje, to proszę bardzo.

skomentuj (0)



Wszystko się może zdarzyć, gdy szafka pełna jarzyn
14.01.2012 :: 22:00

Jestem osobą, którą można namówić prawdopodobnie na wszystko, zbytnio się nawet nie wysilając. Dawno, dawno temu założyłam bloga, tak jak wszystkie moje koleżanki. Do dziś przetrwał tylko mój, chociaż po drodze zmienił nazwę. Idąc za tłumem, zostałam przewodnikiem po ogrodzie botanicznym, chociaż panicznie boję się wystąpień publicznych i niecierpię dzieci. Tymczasem większość tłumu nie dotrwała nawet do egzaminu. Pod wpływem argumentacji Łukasza, zmieniłam kierunek studiów o 180 stopni, chociaż w sobie samej nigdy nie znalazłabym wystarczającej odwagi. Bez mrugnięcia okiem zostawiłam studia i wyjechałam do Londynu, chociaż nie miało to większego sensu. Jeszcze szybciej zdecydowałam się na powrót do kraju. Przeziębiona dałam się namówić nawet na leki homeopatyczne, chociaż w najmniejszym stopniu w nie nie wierzę. Z pewnym oporem reaguję tylko na hasło "prawo jazdy".
Na co tym razem dziwnego się zdecydowałam, tylko dlatego, że ktoś gdzieś rzucił luźną uwagę? Postanowiłam zostać wegetarianką. Przynajmniej w 80-90%.

To zawsze dzieje się w ten sam sposób [za wyjątkiem prawa jazdy, naturalnie]. Słyszę "skacz", i nagle dociera do mnie, że czułam się żabą przez całe życie, tylko jeszcze sama o tym nie wiedziałam.
Tym razem doczytałam się, że z moją grupą krwi mogłabym z powodzeniem być wegetarianką. Do wszelkich rewelacji tego typu podchodzę zwykle z dużą rezerwą, ale tym razem było już za późno. Mój mózg wyrwał się spod kontroli i sam zaczął podsuwać mi smakowite wizje*. Sphagetti z samymi warzywami, bez tego okropnego, tłustego mięsa. Pyszne plasterki cukinii na pizzy. Sezon grillowy pełen bakłażanów, papryki i pieczarek. Barszcz biały, w którym zamiast kiełbasy pływają grzyby. Kanapki z pasztetem z selera albo humusem. Warzywa w cieście. Warzywa w zupie. Warzywa mrożone. Warzywa świeże. Siekane, tarte, duszone, pieczone. Do tego owoce, mleko, jajka i moje ukochane, najdroższe węglowodany, we wzelkich mącznych produktach. W tym momencie nie było już dla mnie ratunku.
Mój wegetarianizm nie wypływa z żadnych powodów religijnych, ideowych ani nawet z paranoidalnego przeświadczenia, że mięso naszpikowane jest hormonami i antybiotykami i że wyrośnie mi po nim trzecia pierś na czole. Po prostu mam apetyt na warzywa. Być może kiedyś mi przejdzie. Tymczasem zostawiam sobie klauzulę tych 10-20%, ponieważ - po pierwsze - nie zamierzam utrudniać życia nikomu, kto w swej łaskawości będzie chciał mnie poczęstować obiadem, robiąc z siebie panienkę zbyt delikatną i wrażliwą, by przeżuć trochę zwierzęcej tkanki. Po drugie, moja miłość do fajitas jest w stanie pokonać wszelkie bariery.
Minęło już 5 dni mojego warzywno-owocowego szaleństwa i dziękuję bardzo, czuję się świetnie [10 stycznia ustanawiam Dniem Błogosławionej Marchewki!]. Wegetariańskie dania, na które mam ochotę, muszę ustawiać w kilkudniowej kolejce, a tu jeszcze czeka na mnie cała potęga internetowych portali kulinarnych. Strzeżcie się, cukinie, pomidory i bakłażany.

__________
*Niczym w "Wallace & Gromit: Klątwa królikołaka"

skomentuj (0)



Update
08.11.2011 :: 21:44

Co się wydarzyło przez ostatnie dwa miesiące:

1. Esmeralda kazała nam się wyprowadzić.
2. Kupiliśmy bilety na samolot.
3. Oznajmiliśmy Esmeraldzie, kiedy się wyprowadzamy. Była śmiertelnie oburzona, że w ogóle się wyprowadzamy - zdążyła zapomnieć o punkcie 1.
4. Zwolniłam się z pracy.
5. Esmeralda pozamieniała dyżury, żebym się jeszcze na jeden załapała. Zignorowaliśmy go.
6. Na dwa dni przed wylotem doszło do dzikiej awantury z Esmeraldą, ponieważ nie zaczęliśmy jeszcze procesu renowacji pokoju.
7. Spakowaliśmy się i wyszliśmy. Esmeralda prawie cały czas stała nad nami, obrażając nas. Dowiedziałam się, że jestem narkomanką. Nie obyło się bez rękoczynów. Z jej strony.
8. Przez półtorej godziny wieczorem staliśmy na rogu ulicy czekając na odbiór paczki do Polski (musieliśmy opuścić ów lokal mieszkalny, zanim przyjechał kierowca).
9. Kierowca zlitował się nad nami i podwiózł nas z całym dobytkiem.
10. Przedostatnią noc spędziliśmy u znajomych na podłodze.
11. Musieliśmy się przepakować ze dwa razy.
12. W drodze na lotnisko omal nie dostałam zawału serca, szukając dowodu osobistego. Nie przyszło mi na myśl rozejrzeć się za nim, kiedy wysyłaliśmy pierwszą paczkę do Polski. Ani kiedy drugą. Ani gdy wyprowadzaliśmy się od Esmeraldy. Ani gdy dwa razy przepakowywaliśmy się u znajomych.
13. Znalazłam dowód osobisty.
14. Ostatnią noc spędziliśmy na lotnisku.
15. Mieliśmy szansę oglądać z okien samolotu bezchmurny wschód słońca nad Tamizą, a ja nie mogłam powstrzymać opadania powiek.
16. Wylądowaliśmy w Berlinie.

Potrzebowałam wielu tygodni, pełnych normalności i domowego ciepła, by otrząsnąć się z piekła, przez jakie przeszliśmy mieszkając z Esmeraldą. Tylko dzięki ludziom, którzy pomogli nam w tym okresie, udało mi się znów uwierzyć, że tym światem nie rządzi pospolite kurestwo. Musiałam grzać się w ich uprzejmości i uśmiechach, by przestać w końcu się bać swojego cienia. By uświadomić sobie, jak bardzo w rzeczywistości ta kobieta jest chora i wypaczona.

17. Wróciłam do domu. Rodzice próbowali mnie pocieszać po porażce, a ja byłam po prostu szczęśliwa.
18. Kot potrzebowała dwóch dni, żeby mnie zaakceptować. Potem jednak zaakceptowała mnie tak bardzo, że spała w moim łóżku. Na samym środku, oczywiście.
19. Łukasz i ja postanowiliśmy osiedlić się w Szczecinie. Z różnych powodów.
20. Łukasz zapisał się na zaoczne studia magisterskie z zarządzania. Ja zapisałam się póki co na podyplomówkę z architektury krajobrazu. Jedno i drugie w Szczecinie.
21. Łukasz dostał bardzo atrakcyjną ofertę pracy w Warszawie.
22. Wróciliśmy na Mokotów, do naszego pokoju. Wydaje się, jakby nic się nie zmieniło.
23. Od lutego wybieram się na studia magisterskie, choć jeszcze nie podjęłam ostatecznej decyzji, na jakie.
24. Powoli biorę się też za szukanie pracy. Na razie zamierzam celować w sklepy odzieżowe.

To streszczenie nawet pobieżnie nie oddaje szaleństwa pewnego wrześniowego tygodnia i bezpieczeństwa, stabilizacji, ciepła i radości, które przyszły z październikiem. Stanowi jednak jakiś początek, żebym mogła znowu pisać.

skomentuj (0)



Z okazji bez okazji
31.08.2011 :: 11:40

Piszę głównie dlatego, że strona sierpnia 2011 w archiwum nie może pozostać pusta.
Od półtora miesiąca żyję w stanie niemal chronicznego doła, wszystkie dni są do siebie podobne i gdyby nie to, że codziennie zdejmuję z lodówki kolejne przeterminowane jogurty z coraz to kolejnymi datami wydrukowanymi na wieczkach, to nie zauważyłabym, że czas w ogóle mija.
Ostatnio i tak trochę mi się poprawiło. Z fazy "boję się, chcę uciekać, nienawidzę wszystkiego" przeszłam w fazę "gówno mnie to wszystko obchodzi". Muszę przyznać, że sztuka olewania to niezwykle praktyczna umiejętność. Całe życie przejmowałam się różnymi pierdołami. Dopiero bezcenne doświadczenia ostatnich kilku miesięcy nauczyły mnie, jak tego nie robić. Byłam opierdalana tyle razy o tak absurdalne, często zupełnie wymyślone rzeczy, że w końcu się uodporniłam. To samo z cyklicznie powracającym w ostatnim tygodniu miesiąca brakiem pieniędzy. Kiedy po raz kolejny udaje ci się dociągnąć do pierwszego, staje się to pewnego rodzaju regułą. Podobnie z milionami odrzuconych cefałek i kilkoma nieudanymi rozmowami kwalifikacyjnymi. Ciężko będzie mi się stresować kolejną, no bo czym właściwie mogą mnie zaskoczyć? Chyba przyjęciem do pracy.

Gdzieś w okolicach czerwca, a może był to już lipiec, Esmeralda przeszła swoje apogeum. Najpierw zrobiła widowiskową awanturę z rzucaniem talerzami i meblami. Niby głównym celem agresji był jej partner, ale wiadomo, lokatorzy zawsze dostają rykoszetem. Później ze dwa razy przyczepiła się do mnie, raz że się przepycham i jestem złośliwa (zbliżyłam się do jej bratanicy na dystans około 20 cm), a potem że przez nas zupa jej skwaśniała (przypuszczalnie spojrzeliśmy złym okiem lub coś podobnego). Istne polowanie na czarownice. Nie liczę już przypadków, kiedy nadużywając alkoholu (czasem dzień po dniu), rościła sobie prawo do wtrącania się w nasze życie i komentowania go.
Ostatnio nawet sprawiała wrażenie trochę spokojniejszej. Może zmieniła leki albo co. Ja tam w cuda nie wierzę, pewnie lada dzień znowu zacznie biegać po schodach i krzyczeć, że ktoś używał jej gąbki albo cokolwiek.

Praca w sklepie to nieustający ciąg absurdalnych problemów, kuriozalnych przypadków ludzkich i wystawiania mojej anielskiej cierpliwości na ciężką próbę. Nie piszę o tym wszystkim na blogu, bo przez ostatnie pięć miesięcy zebrałam materiał na o wiele dłuższą formę wypowiedzi niż pojedyncza notka. Kiedyś się za to wezmę. Na razie mi się nie chce.

Już jakiś czas temu uświadomiliśmy sobie z Łukaszem smutną prawdę - sensowniejszej pracy niż sklep dla mnie i rozładowywania tirów dla niego nie dostaniemy. Nie w aktualnej sytuacji ekonomiczno-gospodarczej. Nie z darmową reklamą, jaką zafundowały nam szeregi rodaków o średnim ilorazie inteligencji ziemniaka. Ja odpuściłam sobie szukanie czegokolwiek w ogóle. Szkoda czasu. Łukasz czeka jeszcze na propozycje, które miały zostać załatwione po znajomości. Propozycje się nie odzywają. Poczekamy jeszcze trochę, a potem wprowadzamy w życie plan "migracja powrotna".

skomentuj (0)




...........................................

2012: 01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11 12
2011: 01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11 12
2010: 01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11 12
2009: 01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11 12