|
Gorsety i czajniki 25.01.2012 :: 16:59
Zanim zamieszkaliśmy we dwoje, Dojrzali I Życiowo Doświadczeni Ludzie zawsze powtarzali mi, jak ciężkim będzie to zadaniem. Ile czeka nas awantur, frustracji i nerwów. I że najprawdopodobniej nasz związek tego nie przetrwa. Generalnie lepiej by było, gdybyśmy do końca życia mieszkali osobno.
Dziś, dwa i pół roku później, w końcu zrozumiałam, o co im chodziło. Mieszkaniowy układ z Łukaszem jest równie sielankowy jak był zawsze, ale za to mam ochotę zamordować naszego współlokatora, M.
Skąd wziął się M.? Cholera wie. Zamieszkał w jednym z pokojów w czasie, gdy Łukasz był w Szkocji a ja w domu. Dokładając się finansowo do mieszkania, pomagał rodzicom Łukasza je utrzymać, co daje chociaż odpowiedź na pytanie: dlaczego. M. jest w tym niewygodnym wieku, kiedy on chce, żebyśmy mówili mu na "ty", a mi nie przechodzi przez gardło żadna inna forma niż "pan". Pracuje w stacji radiowej i prowadzi program w sobotę czy niedzielę. Jego zajęcie w czasie wolnym to doprowadzanie mnie na skraj morderczej pasji.
Na pierwszy rzut oka M. nie robi właściwie nic. On tylko siedzi sobie w salonie przed laptopem/ telewizorem. W praktyce oznacza to, że przez całe popołudnie i wieczór zajmuje otwartą przestrzeń wspólną. Spróbujcie czerpać radość z gotowania kolacji, kiedy za plecami siedzi wam obcy facet. Spróbujcie swobodnie ją zjeść w miejscu innym, niż bezpieczny azyl łóżka we własnym pokoju. Spróbujcie bez skrępowania wyjść do łazienki w samym ręczniku. Włączyć ciężką muzykę. Rozłożyć się z blokiem na stole kuchennym i porysować. Namiętnie się całować i ściągać z siebie fragmenty garderoby. Generalnie robimy wszystkie te rzeczy poza dwoma ostatnimi, ale traktując je jako obowiązki, a nie celebrację codzienności we dwoje.
Na początku kiedy się wprowadził, to nie był żaden problem, bo M. pomieszkiwał sobie tylko kątem. Wpadał dosłownie na 2-3 dni w tygodniu, resztę spędzając w rodzinnym mieście; wychodził rano i wracał wieczorem. Był niczym opiekun roku u mnie na studiach - ponoć istniał, ale nikt go nigdy nie widział. Niestety, zanim zdążyliśmy wrócić z Londynu, M. całkiem się już zadomowił. Zaczął odważnie wychodzić ze swojego zacisza i bywać częściej - na 2 tygodnie spędzone w Warszawie, wracał na 2-3 dni do domu. Jakby tego było mało, ostatnio wraca z pracy między 15 a 16, odbierając mi i Łukaszowi jakąkolwiek szansę na intymność.
Jednak tym, co naprawdę doprowadza mnie do furii, są drobiazgi. Przyzwyczajenia wyniesione z domu, które wchodzą w konflikt z moimi własnymi.
1. Czajnik. Na czajniku widnieje podziałka, a przy ilości 1,7l jest napisane MAX. Co to może oznaczać? M. ewidentnie nigdy się nad tym nie zastanawiał, gdyż za każdym razem robiąc sobie herbatę wlewa dobre 2l, jak nie więcej. Robi sobie mały kubeczek i resztę wody zostawia. Gdyby mu nie przeszkadzać, pewnie podgrzewałby tę samą wodę 8 razy. Tymczasem podczas gotowania woda traci tlen, i żeby uzyskać jak najlepszy smak herbaty, należy zawsze gotować świeżą. Już nie wspominając, jakie to marnotrawstwo energii i czasu podgrzewać 2l, kiedy potrzebna jest szklanka. Toteż za każdym razem ja mu tę wodę wylewam. Przelewam ją do dzbanka, z którego potem podlewam kwiaty, a w akcie desperacji piję. I tak sobie żyjemy - on zalewa cały czajnik, ja cały wylewam. Mam nadzieję, że irytuje się tak samo jak ja.
2. Talerze. M. jada w domu tylko kanapki [przypuszczam, że wychowany pod kloszem założonym przez żonę, nie potrafi nawet usmażyć sobie jajecznicy]. Kruszy przy tym jak pięcioletnie dziecko, na stół, na podłogę, na krzesła. Część tych okruszków jakimś cudem ląduje na talerzu. Jeśli może ten talerz później włożyć do zmywarki, to go wkłada. Ale jeśli zmywarka jest świeżo umyta, to on odłoży swój brudny talerz na suszarkę przy zlewie. Nie rozpakuje zmywarki; o nieee. Nie umyje po sobie talerza. Nawet nie wsadzi go do cholernego zlewu, jak nakazywała by przyzwoitość. Nie; on odłoży go na suszarkę. A ja ten talerz odkładam mu później na stolik w salonie, przy którym siedzi. Ciekawe, czy w ogóle załapał, o co chodzi. Przypuszczam, że nie, ale daje mi to chociaż minimalną satysfakcję. Kiedyś, gdy włączyłam zmywarkę i wyjechałam na 3 dni, po powrocie zastałam 5-6 brudnych talerzy czekających na suszarce [sic!].
3. Pralka. Pralka otwierana jest od góry i znajduje się w łazience, gdzie i tak jest kiepska wentylacja. Zawsze po praniu zostawiam klapę otwartą, żeby bęben wysechł, bo inaczej, nie owijając, śmierdzi. A on mi zawsze tą klapę zamyka. I tak to wygląda: wczesnym wieczorem wyjmuję pranie. On, kładąc się spać, klapę zamyka. Ja, kładąc się spać, klapę otwieram. On rano zamyka. Ja rano [czyt. o 12] otwieram. Jest to bodajże jedyna wojna, jaką wygrywam, bo siedzę więcej w domu.
4. Podłogi. M. nie tylko kruszy niczym cała grzęda kur; ma również jakże miły zwyczaj chodzenia po domu w butach. Wraca z pracy, je, idzie do łazienki, siada przed telewizorem - wszystko w butach. A jak wyglądają warszawskie chodniki, każdy wie. Rano zaczyna dzień od założenia butów. Tupie niemiłosiernie, gdy Łukasz próbuje złapać ostatnie minuty snu, i kursuje. Kuchnia-łazienka. Kuchnia-przedpokój. Kuchnia-sypialnia. Kuchnia-przedpokój razy jeszcze pięć. Robi przy tym straszny syf, szczególnie podłoga w łazience jest czarna. I to chyba dobija mnie najbardziej, bo jak dotąd nie wymyśliłam żadnego sposobu, żeby mu oddać.
Dlaczego prowadzę z nim wojnę podjazdową, zamiast porozmawiać i wytłumaczyć ekonomikę gotowania wody, mikroklimat pralki i to, że mycia naczyń i podłóg wcale nie załatwiają małe skrzaty w zielonych kapelusikach? Otóż nie wiem, jak właściwie mam się do niego zwrócić. Głupio zwracać uwagę facetowi, który jest w wieku moich rodziców [bez względu na to, co on sam na ten temat uważa]. W ogóle głupio mi się do niego odzywać. Nie chcę urazić go mówiąc per "pan", a z drugiej strony przez gardło mi nie przejdzie inna forma*. Drugi, jeszcze ważniejszy powód jest taki, że Łukasz i jego rodzice uważają, że jeśli ktokolwiek powinien mu zwrócić uwagę, to tylko tata Łukasza, który o tym nigdy nie pamięta, a z kolei ja nie chcę się mieszać w cudze układy. Toteż tak sobie żyjemy. Czasem zastanawiam się, czy my przeszkadzamy mu równie bardzo, jak on nam. Czy drażni go pusty czajnik i otwarta pralka. Czy przeszkadza mu bałagan, który my czasem robimy [ale sprzątamy po sobie sami, dziękuję bardzo]. Czy nie może znieść kuszących zapachów smakowitych potraw gotowanych przeze mnie, gdy na niego czekają tylko kanapki [nie będę go codziennie częstować, wystarczy, że uważa mnie za swoją sprzątaczkę, żeby jeszcze dołożyć do tego kucharkę]. Czy jego osobiste feng shui zakłócają pogniecione plastikowe butelki leżące obok kosza. Albo kabel sieciowy, który przeciągnęliśmy przez salon, a którego nie może przeboleć mama Łukasza. I ciekawe, czy polubiłby Devildrivera.
I tym sposobem ktoś, którego uważałam za sympatycznego, niegroźnego faceta, stał się moim adwersarzem [co ciekawe, synonimy.ux.pl podaje dziennikarza jako synonim adwersarza - to by się nawet zgadzało]. Nie życzę mu źle; życzę mu niewygodnie. Na tyle niewygodnie, żeby się wyprowadził. Ponoć są na to minimalne szanse. Jeśli się nie wyprowadzi, a nasza sytuacja finansowa się poprawi, to wyprowadzimy się my, żeby w końcu naprawdę posmakować życia tylko we dwoje. Co też nie byłoby taką złą opcją.
Przede wszystkim jednak współczuję jego żonie.
Dla mnie domowe równouprawnienie to fakt. Myśl, że miałabym obsługiwać Łukasza niczym skrzyżowanie służącej, kelnerki i praczki jest dla mnie równie niepojęta, co - powiedzmy - kąpanie się raz w miesiącu. Ponoć ludzie kiedyś tak robili, ale to zamierzchła przeszłość. Oczywiście w tym momencie odwalam większość obowiązków domowych, ale to cena jaką płacę za nie chodzenie do pracy i opierdalanie się całymi dniami. To się skończy, i to całkiem niedługo. Nawet gdy patrzę na poprzednie pokolenie to widzę mojego tatę, który potrafi chwycić za żelazko czy odkurzacz, gdy zajdzie taka potrzeba, albo tatę Łukasza, który przed przyjazdem mamy Łukasza nie tylko pogania nas, ale sprząta też sam. Tymczasem nasz dziennikarz, wydawałoby się człowiek oświecony i zapoznany z wynalazkami XX wieku, okazuje się reliktem ery gorsetów i bicykli. Wystarczyłoby, żeby Łukasz okazał się choć w jednej czwartej taki jak on i rzeczywiście - po moim wprowadzeniu się nasz związek zakończyłby się pewnie z hukiem.
Jak bardzo ten człowiek by mnie nie irytował, muszę mu przyznać, że niesłychanie poszerzył moje horyzonty. Już wiem, o co walczyły [i walczą] feministki. Wiem, czemu wspólne docieranie się kobiety i mężczyzny może być takie trudne, jeśli wychowywani byli w domach o różnych wzorcach postępowania. Wiem, jak dobrze sama trafiłam. Boże, ile ja mam szczęścia.
__________
*Problem, którego nie mam w stosunku do moich znajomych studentek podyplomowych, a które są w wieku różnym. Ale o tym innym razem.
skomentuj (0)
|