|
Wycieczki mniej i bardziej zorganizowane 07.05.2010 :: 00:19
Nie mogłam znaleźć czasu, żeby cokolwiek napisać. Ta wiosna miała mijać leniwie i monotonnie, a wokół mnie dzieje się całe mnóstwo zupełnie nieoczekiwanych rzeczy.
Inna sprawa, że gdyby moje notki nie były tak epopeicznie długie i nie wyżerały mi półtorej godziny albo dwóch, byłoby o wiele łatwiej wcisnąć je między biegnięcie w jednym kierunku, a zasuwanie w drugim.
Łukasz namówił mnie, żebyśmy na długi weekend wybrali się znów do Szczecina. Cóż, od kiedy odkryłam, iż nieobecności na praktykach jeszcze łatwiej pokątnie załatwić niż na zajęciach, z przyjemnością korzystam z wachlarza nowych możliwości.
Podróżowanie dawno nie wyzwoliło we mnie tyle żądzy krwi, co tym razem, a nawet dwoma razami.
Charakterystyczną cechą podróżowania z Łukaszem jest wbieganie na peron na minutę przed odjazdem pociągu. Bez względu na to, jak bardzo staramy wyjść z domu wcześniej, praktycznie zawsze kończy się na nerwowym łypaniu okiem na elektroniczne cyferki kasowników, gdy mentalnie próbujemy pośpieszyć autobus. Tym razem prawie się spóźniliśmy przez klasyczne zagranie "zostawiłem w mieszkaniu portfel". Nie uwierzyłabym, że to możliwe, gdyby mi samej się to ciągle nie zdarzało.
Pociąg złapaliśmy, a jak, choć bez sprintu tu i ówdzie się nie obyło. I z perspektywy czasu, może naprawdę lepiej byłoby pojechać nastepnym. Ten był tak pełny, jakby rozdawali za darmo co najmniej piwo. Jakkolwiek udało nam się znaleźć dwa miejsca obok siebie, jednak siedzieliśmy na nich niczym sardynki w puszce. Gdy próbowałam zasnąć w pozycji na egipskiego faraona, głowa opadała mi to na jedną, to na drugą stronę. Łukasz w ogóle się poddał, bo nie był w stanie wytrzymać cokolwiek dusznej atmosfery naszego przedziału. Ja tam mam niezły trening po szklarni. Nie dość jednak, że było niewygodnie, to jak zawsze musieli się nam trafić ludzie o zaawansowanych właściwościach drażniących. Tym razem była to Panienka Obejrzyjcie Dokładnie Moje Skarpetki, Które Łaskawie Wyeksponuję Na Środek Przedziału, oraz jej wierny towarzysz, Noszę Buty Lacoste I Wielki Błyszczący Zegarek, Ale Jem Czipsy Z Biedronki. Choć tak naprawdę najbardziej denerwowało mnie w nich to, że mieli wygodniejsze miejsca niż ja.
Ale prawdziwe emocje zaczęły się, kiedy chcieliśmy wrócić.
Już dzień wcześniej usłyszałam w telewizji, że Przewozy Regionalne stoją na skraju bankructwa i że niektóre pociągi mają zostać wycofane. Choć oczywiście PKP nie powie które, gdyż podróżującym trzeba zapewnić odpowiednią porcję rozrywki na wysokim poziomie, toteż bez stopniowania napięcia się nie obędzie. Cóóóż, do telewizji podchodzę dosyć sceptycznie. Telewizja to durne polskie seriale. Telewizja to robiące wodę z mózgu reklamy. Telewizja to opłakiwanie katastrof, które są mi obojętne. Telewizji nie ufam, dopóki nie pójdę, nie sprawdzę i sama się nie przekonam.
Toteż we wtorek po prostu spakowaliśmy się i pojechalismy na dworzec, uwaga uwaga, z pół godzinnym wyprzedzeniem. Takie odstępstwo od reguły nie mogło mieć pozytywnych skutków. Tym razem telewizyjna fikcja okazała się prawdą. Nasz pociąg znikł.
Normalnie popłakałam się na dworcu. Nawet nie dlatego, że tak strasznie tęskniłam za miastem stołecznym, ale raczej z maksymalnego wkurwienia i niemożności ukierunkowania moich płomiennych uczuć w stronę jednej odpowiedzialnej za ten syf osoby. Cóż, poprzeklinaliśmy sobie trochę i wrócilismy do domu [a konkretnie pojechaliśmy na cmentarz sprzątać groby, ale to już inna historia].
Stan portfela i po części zwykły upór nie pozwoliły nam pojechać popołudniowym ekspresem ani intercity. Niczym najbardziej zatwardziali podróżnicy zdecydowaliśmy się na nocny pociąg do Terespola, highway to hell. O dziwo, znaleźliśmy wolny przedział, a na trzech następnych stacjach udawaliśmy, że jest nas w przedziale co najmniej dziesięcioro, głośno się śmiejemy, spożywamy napoje alkoholowe i mamy obfite owłosienie na nogach i pod pachami. Na koniec przyjęliśmy strategię - głęboko śpimy rozłożeni na całych kanapach, niewykluczone że nastąpił zanik funkcji życiowych. Lepiej nie sprawdzać, bo jakby co, trzeba będzie dzwonić po pogotowie. Dzięki czemu udało nam się dojechać w komfortowych warunkach przynajmniej do Poznania.
Przy okazji, niczym rasowy warszawiak, którym nie jestem, zaczynam całkiem nie lubić Poznania. Raz, że te cholerne pociągi zatrzymują się w tym mieście na niemal godzinę, by podróżni mogli podziwiać uroki poznańskiego dworca, to jeszcze poznaniacy zapychają przedziały. Et voilà, oto mamy falę nienawiści.
A Szczecin jak Szczecin. Trochę nowego, trochę starego i relatywnie za mało alkoholu.
Ale co tam pociągi. Rozpoczynam nową życiową karierę przewodnika po ogrodzie botanicznym. Właśnie dziś zdałam egzamin.
Nie do końca wiem, po co w ogóle zdecydowałam się, żeby zrobić ten kurs. Chyba dlatego, że ktoś powiedział: idę na kurs!, a ja radośnie postanowiłam za nim podążyć. Zawsze zapisuję się na wszystko co się da, tak już mam. Poza tym, będę miała dodatkową linijkę w moim żałośnie ubogim CV. No i nigdy jeszcze nie przyswoiłam takiej ilości różnorakich roślin w tak krótkim czasie. Do końca życia zapamiętam relikt glacjalny dębika ośmiopłatkowego i będę go potrafiła rozpoznać zawsze i wszędzie.
Praktycznie nie miałam kiedy wybrać się, żeby połazić po ogrodzie i utrwalić sobie chociaż jego topografię, a notatki... cóóż, większą część chociaż przeczytałam, to też dobrze, nie? Toteż kiedy dzisiaj rano zadzwonił budzik, miałam nieszczególną ochotę wstawać i zasuwać do ogrodu, żeby robić z siebie największą ofiarę losu.
Jak się okazało, w ogrodzie stawiło się sześcioro moich znajomych z roku i nikt ponadto. I wszyscy byli równie entuzjastycznie nastawieni co ja. Jeśli nie zrezygnowaliśmy, to tylko dlatego, że jak już się dojedzie na ten koniec świata, to szkoda tak od razu wracać.
Egzamin miał polegać na tym, że mieliśmy oprowadzać dyrektora po ogrodzie i opowiadać o różnych kolekcjach, każdy po kolei. Na sam początek okazało się, że dyrektora nie ma, dzięki czemu przez dział flory Polski miała nas przeciągnąć pani specjalizująca się w tej dziedzinie. I przeciągnęła nas, przy okazji maglując z każdego najdrobniejszego listka, którego to my najczęściej nie znaliśmy, bo w przeciwieństwie do niej siedzimy w temacie dwa tygodnie, a nie czterdzieści lat. Gdy z nami skończyła, miałam ochotę zapytać, czy mogę już iść do domu, a jej mina wskazywała, ze będzie to właściwa reakcja.
Nie zapytałam. I dobrze, bo później przyjechał dyrektor i było już tylko lepiej. Nawymyślałam się niestworzonych rzeczy, opowiedziałam całą historię cisów i magnolii, odkryłam zupełnie nowe właściwości lecznicze różnych roślin, zaprezentowałam kwitnące byliny niczym rasowy sprzedawca i przytoczyłam milion ciekawostek o roślinach w szklarni [reszta grupy tylko smętnie kiwała głowami, gdyż wszyscy znali te same historie zassane z wikipedii na pamięć]. I zostałam jedną z dwóch szczęśliwych osób, które zdały.
Nie przewidziałam tylko jednej rzeczy. Mianowicie tego, że jeśli mi się uda, to naprawdę zostanę przewodnikiem. I że będę oprowadzać po ogrodzie prawdziwe wycieczki. Z prawdziwymi ludźmi. O zgrozo. Ja mam fobię społeczną i siłę przebicia jętki.
Dwudziestego maja zaczynam sezon wycieczkowy grupą gimnazjalistów, trzy dni później mam dostać emerytów i dzieci z podstawówki. Zwyciężę albo polegnę pod mamutowcem olbrzymim.
Poza tym jak zwykle przynajmniej pięć innych rzeczy wisi nade mną niczym wielki kryształowy żyrandol na pajęczej nitce. A niech sobie wiszą, ja tam zamierzam w ten weekend odpoczywać.
skomentuj (0)
|