Wycieczki mniej i bardziej zorganizowane
07.05.2010 :: 00:19

Nie mogłam znaleźć czasu, żeby cokolwiek napisać. Ta wiosna miała mijać leniwie i monotonnie, a wokół mnie dzieje się całe mnóstwo zupełnie nieoczekiwanych rzeczy.
Inna sprawa, że gdyby moje notki nie były tak epopeicznie długie i nie wyżerały mi półtorej godziny albo dwóch, byłoby o wiele łatwiej wcisnąć je między biegnięcie w jednym kierunku, a zasuwanie w drugim.

Łukasz namówił mnie, żebyśmy na długi weekend wybrali się znów do Szczecina. Cóż, od kiedy odkryłam, iż nieobecności na praktykach jeszcze łatwiej pokątnie załatwić niż na zajęciach, z przyjemnością korzystam z wachlarza nowych możliwości.

Podróżowanie dawno nie wyzwoliło we mnie tyle żądzy krwi, co tym razem, a nawet dwoma razami.
Charakterystyczną cechą podróżowania z Łukaszem jest wbieganie na peron na minutę przed odjazdem pociągu. Bez względu na to, jak bardzo staramy wyjść z domu wcześniej, praktycznie zawsze kończy się na nerwowym łypaniu okiem na elektroniczne cyferki kasowników, gdy mentalnie próbujemy pośpieszyć autobus. Tym razem prawie się spóźniliśmy przez klasyczne zagranie "zostawiłem w mieszkaniu portfel". Nie uwierzyłabym, że to możliwe, gdyby mi samej się to ciągle nie zdarzało.
Pociąg złapaliśmy, a jak, choć bez sprintu tu i ówdzie się nie obyło. I z perspektywy czasu, może naprawdę lepiej byłoby pojechać nastepnym. Ten był tak pełny, jakby rozdawali za darmo co najmniej piwo. Jakkolwiek udało nam się znaleźć dwa miejsca obok siebie, jednak siedzieliśmy na nich niczym sardynki w puszce. Gdy próbowałam zasnąć w pozycji na egipskiego faraona, głowa opadała mi to na jedną, to na drugą stronę. Łukasz w ogóle się poddał, bo nie był w stanie wytrzymać cokolwiek dusznej atmosfery naszego przedziału. Ja tam mam niezły trening po szklarni. Nie dość jednak, że było niewygodnie, to jak zawsze musieli się nam trafić ludzie o zaawansowanych właściwościach drażniących. Tym razem była to Panienka Obejrzyjcie Dokładnie Moje Skarpetki, Które Łaskawie Wyeksponuję Na Środek Przedziału, oraz jej wierny towarzysz, Noszę Buty Lacoste I Wielki Błyszczący Zegarek, Ale Jem Czipsy Z Biedronki. Choć tak naprawdę najbardziej denerwowało mnie w nich to, że mieli wygodniejsze miejsca niż ja.

Ale prawdziwe emocje zaczęły się, kiedy chcieliśmy wrócić.
Już dzień wcześniej usłyszałam w telewizji, że Przewozy Regionalne stoją na skraju bankructwa i że niektóre pociągi mają zostać wycofane. Choć oczywiście PKP nie powie które, gdyż podróżującym trzeba zapewnić odpowiednią porcję rozrywki na wysokim poziomie, toteż bez stopniowania napięcia się nie obędzie. Cóóóż, do telewizji podchodzę dosyć sceptycznie. Telewizja to durne polskie seriale. Telewizja to robiące wodę z mózgu reklamy. Telewizja to opłakiwanie katastrof, które są mi obojętne. Telewizji nie ufam, dopóki nie pójdę, nie sprawdzę i sama się nie przekonam.
Toteż we wtorek po prostu spakowaliśmy się i pojechalismy na dworzec, uwaga uwaga, z pół godzinnym wyprzedzeniem. Takie odstępstwo od reguły nie mogło mieć pozytywnych skutków. Tym razem telewizyjna fikcja okazała się prawdą. Nasz pociąg znikł.
Normalnie popłakałam się na dworcu. Nawet nie dlatego, że tak strasznie tęskniłam za miastem stołecznym, ale raczej z maksymalnego wkurwienia i niemożności ukierunkowania moich płomiennych uczuć w stronę jednej odpowiedzialnej za ten syf osoby. Cóż, poprzeklinaliśmy sobie trochę i wrócilismy do domu [a konkretnie pojechaliśmy na cmentarz sprzątać groby, ale to już inna historia].
Stan portfela i po części zwykły upór nie pozwoliły nam pojechać popołudniowym ekspresem ani intercity. Niczym najbardziej zatwardziali podróżnicy zdecydowaliśmy się na nocny pociąg do Terespola, highway to hell. O dziwo, znaleźliśmy wolny przedział, a na trzech następnych stacjach udawaliśmy, że jest nas w przedziale co najmniej dziesięcioro, głośno się śmiejemy, spożywamy napoje alkoholowe i mamy obfite owłosienie na nogach i pod pachami. Na koniec przyjęliśmy strategię - głęboko śpimy rozłożeni na całych kanapach, niewykluczone że nastąpił zanik funkcji życiowych. Lepiej nie sprawdzać, bo jakby co, trzeba będzie dzwonić po pogotowie. Dzięki czemu udało nam się dojechać w komfortowych warunkach przynajmniej do Poznania.
Przy okazji, niczym rasowy warszawiak, którym nie jestem, zaczynam całkiem nie lubić Poznania. Raz, że te cholerne pociągi zatrzymują się w tym mieście na niemal godzinę, by podróżni mogli podziwiać uroki poznańskiego dworca, to jeszcze poznaniacy zapychają przedziały. Et voilà, oto mamy falę nienawiści.

A Szczecin jak Szczecin. Trochę nowego, trochę starego i relatywnie za mało alkoholu.

Ale co tam pociągi. Rozpoczynam nową życiową karierę przewodnika po ogrodzie botanicznym. Właśnie dziś zdałam egzamin.
Nie do końca wiem, po co w ogóle zdecydowałam się, żeby zrobić ten kurs. Chyba dlatego, że ktoś powiedział: idę na kurs!, a ja radośnie postanowiłam za nim podążyć. Zawsze zapisuję się na wszystko co się da, tak już mam. Poza tym, będę miała dodatkową linijkę w moim żałośnie ubogim CV. No i nigdy jeszcze nie przyswoiłam takiej ilości różnorakich roślin w tak krótkim czasie. Do końca życia zapamiętam relikt glacjalny dębika ośmiopłatkowego i będę go potrafiła rozpoznać zawsze i wszędzie.
Praktycznie nie miałam kiedy wybrać się, żeby połazić po ogrodzie i utrwalić sobie chociaż jego topografię, a notatki... cóóż, większą część chociaż przeczytałam, to też dobrze, nie? Toteż kiedy dzisiaj rano zadzwonił budzik, miałam nieszczególną ochotę wstawać i zasuwać do ogrodu, żeby robić z siebie największą ofiarę losu.
Jak się okazało, w ogrodzie stawiło się sześcioro moich znajomych z roku i nikt ponadto. I wszyscy byli równie entuzjastycznie nastawieni co ja. Jeśli nie zrezygnowaliśmy, to tylko dlatego, że jak już się dojedzie na ten koniec świata, to szkoda tak od razu wracać.
Egzamin miał polegać na tym, że mieliśmy oprowadzać dyrektora po ogrodzie i opowiadać o różnych kolekcjach, każdy po kolei. Na sam początek okazało się, że dyrektora nie ma, dzięki czemu przez dział flory Polski miała nas przeciągnąć pani specjalizująca się w tej dziedzinie. I przeciągnęła nas, przy okazji maglując z każdego najdrobniejszego listka, którego to my najczęściej nie znaliśmy, bo w przeciwieństwie do niej siedzimy w temacie dwa tygodnie, a nie czterdzieści lat. Gdy z nami skończyła, miałam ochotę zapytać, czy mogę już iść do domu, a jej mina wskazywała, ze będzie to właściwa reakcja.
Nie zapytałam. I dobrze, bo później przyjechał dyrektor i było już tylko lepiej. Nawymyślałam się niestworzonych rzeczy, opowiedziałam całą historię cisów i magnolii, odkryłam zupełnie nowe właściwości lecznicze różnych roślin, zaprezentowałam kwitnące byliny niczym rasowy sprzedawca i przytoczyłam milion ciekawostek o roślinach w szklarni [reszta grupy tylko smętnie kiwała głowami, gdyż wszyscy znali te same historie zassane z wikipedii na pamięć]. I zostałam jedną z dwóch szczęśliwych osób, które zdały.
Nie przewidziałam tylko jednej rzeczy. Mianowicie tego, że jeśli mi się uda, to naprawdę zostanę przewodnikiem. I że będę oprowadzać po ogrodzie prawdziwe wycieczki. Z prawdziwymi ludźmi. O zgrozo. Ja mam fobię społeczną i siłę przebicia jętki.
Dwudziestego maja zaczynam sezon wycieczkowy grupą gimnazjalistów, trzy dni później mam dostać emerytów i dzieci z podstawówki. Zwyciężę albo polegnę pod mamutowcem olbrzymim.

Poza tym jak zwykle przynajmniej pięć innych rzeczy wisi nade mną niczym wielki kryształowy żyrandol na pajęczej nitce. A niech sobie wiszą, ja tam zamierzam w ten weekend odpoczywać.

skomentuj (0)



Im szybciej jedziesz, tym krajobraz bardziej rozmazany
08.05.2010 :: 07:30

W momencie, w którym postanowiłam przez weekend odpocząć i zrelaksować się, bo ile można, moi rodzice nagle podjęli decyzję, że jadą dzisiaj na giełdę ogrodniczą do Łodzi. Co jak na nich jest ewenementem, bo im rzadko chce się gdziekolwiek ruszyć. A ja oczywiście nie mogłam sobie odpuścić takiej okazji. Co z tego, że zbiórka jest o szóstej trzydzieści pod blokiem, a ja ostatnio sypiam nie więcej jak pięć godzin na dobę. Nieważne. Zdążę się wyspać kiedy indziej, pomyślałam.
Po czym zaspałam. Pięć minut po czasie mama zadzwoniła do mnie i zastała mnie głęboko śpiącą, tyle że z telefonem-budzikiem w ręku. A moi rodzice nie należą niestety do tych, którzy skłonni są na ciebie poczekać pięć minut.
I tak szereg atrakcji związany z giełdą ogrodniczą przepadł. Przepadł cały przepych roślinek, na które miło popatrzeć, przepadła szansa na zobaczenie czegoś nowego, darmową przejażdżkę do innego miasta i zjedzenie niezdrowego obiadu na koszt rodziców, a także szansa naciągnięcia ich na nowe nie-lumpeksowe ubrania, bo jak Łódź, to nowe centra handlowe. O dziwo, tego ostatniego najmniej mi szkoda.
Cóż, nie pozostaje nic innego jak tylko spać dalej. Tylko że nie mogę zasnąć.

Prawda jest taka, że cholernie mi się spodobało życie na wyższych obrotach. Zdobywanie nowych doświadczeń, umiejętności i uprawnień, spotykanie się z ludźmi, załatwianie spraw, dorabianie do kieszonkowego na boku i od niechcenia. Ogrodnicze szaleństwo, gotowość natychmiastowego popędzenia tam, gdzie jest coś związanego z roślinkami. Sypianie po cztery - pięć godzin na dobę. Pierwsze prawdziwe prace i to nie za ladą McDonalda albo w przebieralni H&M. Co nie znaczy, że nie szanuję ludzi zarabiających w ten sposób; nie, ja po prostu cieszę się, że mogę robić coś związanego z moimi kompetencjami, nawet jeśli nie ma z tego dużych pieniędzy. Zasuwam tak od świtu do późnych godzin wieczornych i jestem szczęśliwa, bo po raz pierwszy robię to na własnych warunkach, a nie z powodu widzimisię doktora inżynierii albo profesorki sadownictwa.
Tylko że właśnie dziś moje ciało powiedziało: NIE. Zażądało odpoczynku w sposób brutalny i w niepożądanym momencie. Coś w tym jednak jest, że muszę się w końcu wyspać, ochłonąć, na chwilę oderwać się od szalonego biegu z maczetą na oślep przez dżunglę, nawet jeśli lubię ten sport. Nie mam ostatnio czasu blogować, pijać porannej herbaty, kleić się do Łukasza, robić na drutach; nawet jeśli czytam książkę, to robię to pośpiesznie. Nie powinno być tak. Życiem trzeba się delektować. Należy celebrować każde śniadanie i każdy wieczór, znajdywać czas na maseczki z oliwy z oliwek, cieszyć się swoją drugą połówką. Ostatnio nawet za bardzo nie słuchamy, co drugie z nas mówi, bo jesteśmy zbyt zajęci tym, co sami robimy. Nie tak miało być, nie o to chodzi.

Toteż zamierzam spać, ile tylko mi się uda [jeśli w ogóle dam radę zasnąć]. A później zamierzam powolutku zrobić wszystkie te rzeczy, na które nie miałam dotąd czasu, a które obiecałam innym ludziom lub sobie. Założę nowego, ogrodniczego bloga i konto na fejsbóku. Obejrzę z Łukaszem film. Porobię trochę swetra na drutach. Przejdę się na spacer, choćby nawet padał deszcz. Kupię ogrodnicze gazetki. Zrobię sobie maseczkę nawilżającą na twarz.
Tak właśnie zrobię.

skomentuj (0)



Ile nowych możliwości
12.05.2010 :: 01:25

Jeśli przypadkiem zakończyłam wszystkie kursy i fakultety, i wykonałam comiesięczne zlecenia, jeśli naprawdę nie mam już co robić, to mogę np. upiec podwójną porcję ciasteczek dla znajomych z praktyk. W ten sposób zamiast mieć pół wolnego popołudnia, mogę znów wypełnić sobie czas nikomu niepotrzebną pracą.
Ale ciasteczka wyszły dobre!

Założyłam sobie konto na fejsbóku, głównie w celu zaawansowanej inwigilacji znajomych. Już na dobry początek dowiedziałam się czegoś o moim chłopaku, czego wcale nie chciałam się dowiadywać. Pomimo tego, że nie należy on do szczęśliwych użytkowników fejsbóka - co tylko świadczy, jak wszechpotężne jest to narzędzie inwigilacji.
Ponadto, po nieudolnej próbie wykreowania nowego błyszczącego profilu doszłam do wniosku, że nie potrafię robić tego tak dobrze, jak za dawnych czasów. Nie mam tyle inwencji twórczej i nie potrafię równie błyskawicznie podążać za najnowszymi trendami w wymyślaniu swojego atrakcyjniejszego alter ego. Nie potrafię już udawać, że jestem pozytywnie zwariowana, kiedy nie jestem ani pozytywnie, ani zwariowana. Postanowiłam przyjąć więc alternatywną strategię i postępować zgodnie z ideą, że inwigilacja bliźnich ma polegać na wyszukiwaniu wiadomości o nich, a nie udostępnianiu wiadomości o mnie.
Czyszcząc różne pola, które zdążyłam już wypełnić, skasowałam między innymi informację o tym, że jestem w związku, co automatycznie zostało odnotowane na mojej tablicy. W tym momencie naraziłam całe grono moich starych-nowych znajomych na zintensyfikowane objawy chorób kardiologicznych, oparzenia zupkami vifon, a w najlepszym razie złamania kończyn spowodowane upadkiem z wysokości fotela jeżdżącego.
A mogłam: wydepilować brwi, spiłować paznokcie, zrobić nowy szablon, upiec więcej ciasteczek.

Z radośniejszych stron życia: dostałam pozwolenie na odbycie reszty praktyk poza uczelnią, toteż będę teraz wstawać dwie godziny wcześniej, żeby zapieprzać do ogrodu botanicznego na siódmą rano i siedzieć tam nie wiadomo jak długo. Będę mogła odchwaszczać zupełnie nowe rabaty. A wszystko to za darmo, oczywiście. Otwiera się przede mną cały szereg nowych perspektyw.

Mam tak potworne huśtawki nastrojów, że rozważam udanie się do mojego ulubionego lekarza i poproszenie go o zmianę tabletek.
Ale na razie mam dwumiesięczny zapas tych aktualnych, więc jeszcze się trochę pohuśtam.

skomentuj (1)



Kup pan pelargonię
15.05.2010 :: 22:54

Dni SGGW zakończyłam w stanie półżywym, z potwornym bólem głowy, licznymi ugryzieniami, przeziębionym pęcherzem i podejrzanymi rumieńcami na policzkach - pomyślałabym, że to opalenizna, gdyby nie to, że do opalania na ogół przydaje się słońce. A słońca akurat brakowało.
Nie mniej jednak wróciłam do domu z obfitymi łupami w postaci zdobycznych roślin. Znacząco wzbogacają one mój mały parapetowy ogródek, który zbudowałam głównie za pomocą wszelakiego rodzaju aktów kradzieży, naciągania, wypraszania, przejmowania po poprzednich właścicielach i wszelakiego innego grabienia. I niech rosną, i niech się rozmnażają, na zdrowie.

Na Dni SGGW nigdy nie było mi po drodze. Albo gdzieś wyjeżdżałam, albo też maj po prostu obfitował w przeróżne aktywności, tak że nie starczało czasu. A uczelniana impreza okazała się być co najmniej przyzwoitą. Na naszym wydziałowym stoisku można było nie tylko nakupić wszelakiego zielska i wysłuchać porad ogrodniczych od niekompetentnych studentów [w tej roli JA!], ale również wygrać kolczyki z jemioły, miechunek, przeróżnych szyszek, owoców czy buczyn, a także skosztować takich specjałów jak pokrzywa w cieście naleśnikowym, pasztet z selera czy ciasto pomidorowe. A jedno było smaczniejsze od drugiego. Stoiska wydziałów zwierzęcych i weterynaryjnych pełne były wszelakiego rodzaju menażerii, od karaczanów i malutkich jesiotrów po lamy i wielkiego, czarnego byka. U biologów można było kupić osobistą, żarłoczną rosiczkę i obejrzeć różne cuda pod mikroskopem, na ekonomii wygrać lot balonem, jeszcze gdzie indziej skosztować ciasteczka prosto z ciekłego azotu. W naszym bliskim sąsiedztwie ustawiło się laboratorium kryminalne policji. Skorzystałam z degustacji miodów przynajmniej na trzech stoiskach - wszędzie były identyczne jak dla moich amatorskich kubków smakowych, ale jak dają za darmo, to nie powiem nie. I chyba tylko kiosk z biletami autobusowymi był zamknięty. A w łazienkach tradycyjnie brakowało mydła i ręczników papierowych - bo co to za placówka edukacyjna, w której niczego nie brakuje.
Stary kampus pełen był wszelkiego rodzaju kuriozów, a my co chwilę wymykałyśmy się z naszego kwiatkowego jarmarku, by wydać trochę pieniędzy albo wręcz przeciwnie, załapać się na darmochę.
A sprzedaż kwiatków, cóż, wymagała nieskończonych pokładów cierpliwości dla studentek Uniwersytetu Trzeciego Wieku, doświadczenia w sztuce improwizacji, sprawności fizycznej, by móc fruwać nad rządkami roślin, oraz kalkulatora w głowie do wydawania reszty. A przede wszystkim, nieprzemakających butów.

Gdzieś w międzyczasie wpadli moi rodzice. Jeszcze parę lat temu umarłabym trzy razy, zakopała się pod ziemię i wymurowała nagrobek, gdyby moi rodzice publicznie chcieli pojawić się w mojej szkole, na oczach moich znajomych. Nie wiem czy to kwestia osiągnięcia jakże sędziwego wieku, czy wyprowadzenia się z domu rodzinnego, ale tym razem nie tylko nie umarłam, ale jeszcze się ucieszyłam, uściskałam ich, oprowadziłam po włościach, naciągnęłam na krotona i wycałowałam na pożegnanie.
Uważam, że nie ma nic bardziej uzdrawiającego dla stosunków rodzinnych, niż ograniczenie ich do niedzielnych obiadów. Wystarczy odrobina izolacji i wszyscy nagle zaczynają się kochać.

A we wtorek mam znów dostać mojego własnego, osobistego kota na przechowanie. Kot będzie pewnie nieszczęśliwa. Kot ostatnio zwykła dużo polować, ale o ile w poprzednich sezonach największym wzięciem cieszyły się myszy, o tyle aktualnie moja kicia rozmiłowała się w jaszczurkach. A my na trzecim piętrze w środku Warszawy cierpimy na pewien deficyt gadów.

Chyba się jeszcze nie chwaliłam, że dostałam od mojego ukochanego słonecznika w doniczce! :)

skomentuj (0)



Zdążyć przed budzikiem
19.05.2010 :: 06:46

Nie mogę znaleźć czasu żeby napisać nową notkę, ale pod tym względem Łukasz jest niezastąpiony. Obudził mnie dzisiaj o piątej rano, wracając z piwowego spotkania z kolegami, żebym mogła sobie w spokoju postukać, zanim będę musiała się zwijać o siódmej na moje praktyki.

Im bliżej końca pierwszej części praktyk, tym bardziej mi się nie chce i nie jestem bynajmniej w moim braku entuzjazmu odosobniona. Regularnie się spóźniamy, przedłużamy sobie przerwy o sto procent, wychodzimy wcześniej; zamiast wycinać suche liście, próbujemy wygodnie ułożyć się na podłodze lub rusztowaniach, zasłonięte gąszczem kolorowych roślin, a pikowanie magnolii zamienia się w jedno wielkie obgadywanie każdego, kto nieobecny. A że mamy już wyrobioną opinię uczciwych i pracowitych, to wszystko nam uchodzi. W tym samym czasie druga grupa musi pracować o wiele dokładniej i dłużej, bo podejrzliwie patrzy im się na ręce. Oto jest siła pierwszego wrażenia.
Razem z dwoma Aniami, wybrałam się wczoraj do doktora D., z którym bezpośrednio załatwiałyśmy praktyki w ogrodzie botanicznym. Zupełnie już nie pamiętał, kim jesteśmy i czego chcemy, ale uwierzył na słowo. Ucieszył się, że pomożemy mu liczyć mszyce.

Ostatnio znów skorzystaliśmy z możliwości zabrania się do teatru z moją mamą i jej gimnazjalistami. Tym razem padło na operę Carmen.
Cóż, mogę stwierdzić z całą pewnością, że opera nie należy do mojego ulubionego rodzaju sztuki. O ile podczas pierwszej godziny miałam jeszcze radosne nastawienie, to trzecia [i pół] wydobyły ze mnie pokłady zniecierpliwienia, po które na ogół sięgają tylko księża podczas długich świątecznych ceremonii. Minimum banalnej akcji zostało okrutnie i zupełnie niepotrzebnie rozciągnięte w nieskończoność. Po co przez piętnaście minut wyśpiewywać jak to bardzo nie jest się przerażonym albo zakochanym, z ekspresją siódmej dziesiątki różańca, jeśli możnaby to o wiele trafniej pokazać w kilku gestach? Cały ten niesamowicie kulturalny i wyższy śpiew wyglądał mi bardziej na zacięty konkurs "kto bardziej potrafi", niż na cokolwiek stworzonego, by cieszyć publiczność. Na dodatek nasza Carmen pozbawiona była zupełnie namiętności, jej ruchy były wystudiowane, zupełnie nienaturalne. Jedyne co mi się naprawdę podobało, to scenografia i muzyka którą grała orkiestra, niestety zagłuszana przez aktorów.
Na pół godziny przed wyjściem do teatru odkryłam, że wszystkie moje czarne buty na obcasie, wszystkie eleganckie spódnice, nowsze i bardziej uprasowane z białych bluzek oraz wyjściowe żakiety przebywają aktualnie w domu u rodziców. Zostawiało mi to niewielkie pole do manewru, ale przy pomocy Łukasza, który mężnie chwycił za żelazko i przeprasował mi na szybko mniej znoszoną bluzkę, udało mi się w końcu osiągnąć strój, który mogłam uznać za elegancki. Zupełnie niepotrzebnie.
Jak się okazało, spora część widowni zupełnie swobodnie założyła dżinsy, jadowite kolorki, przykrótkie spódniczki tudzież sukienki bardziej cygańskie, niż spodziewać by się można po głównej bohaterce. Kilka pań zaoferowało nam widoki tłustsze, niż w sklepie mięsnym. Cokolwiek zachwiało to moją wizją opery; że do teatru ludzie chodzą w polarach, to już wiedziałam, ale opera? OPERA? To przecież ponoć sztuka wyżej niż wyższa. A i tu polar się trafił, trzy miejsca na prawo od nas. Kiedy zaś zobaczyłam nastolatkę zaciągniętą na tę okoliczność przez rodziców, a ubraną w pasiastą bluzę, zmęczone życiem dżinsy i obskórne trampki, zaczęłam żałować, że sama nie założyłam kaloszy; miałabym przynajmniej sucho, bo pogoda była paskudna. Nie byłam jednak w moim pomyśle odosobniona; chwilę później miejsca na początku rzędu zajęły mamusia z córeczką, obie wystrojone w czarne, wyjściowe kalosze. Może ich gumiaki kosztowały więcej, niż wszystkie moje buty razem wzięte, ale to nie zmienia faktu, że były to zwykłe gumiaki. Czy niedługo zaczniemy chodzić do teatru w butach snowboardowych, bo są praktyczne [jeśli są]? O Empik Cafe na parterze Teatru Wielkiego nawet nie będę wspominać.
Cóż, nie zdecyduję się raczej pójść do opery przez najbliższe pięćdziesiąt lat, ale teraz przynajmniej wiem, jak to wygląda.

Wracając do mojego związku.
Generalnie to czuję, że coraz mniej i mniej nas łączy. Mieszkamy w tym samym miejscu, ale w różnym czasie. W sposób idealny stworzyliśmy sobie własne, zupełnie odrębne światy, które egzystują pokojowo po sąsiedzku, ale nie mają ze sobą wiele wspólnego. Jeśli chodzi o jakiekolwiek plany na przyszłość, to nie jesteśmy w stanie uzgodnić nawet, co będziemy robić w czasie wakacji. Nie dlatego, że mamy odmienne wizje spędzenia wspólnego czasu; raczej nie mamy ich w ogóle.
Nie zapowiada się to najlepiej.

skomentuj (0)



Stan gotowości przed powodzią i inwazją
22.05.2010 :: 10:02

Są takie chwile, kiedy naprawdę wolałabym nie mieć podstaw do sakramentalnego "a nie mówiłam".
Kiedy moi rodzice zdecydowali się kupić ten, właśnie ten, koniecznie ten segment w szeregowcu nad Wisłą, generalnie nie podzielałam ich entuzjazmu, bo raz że cała Warszawa blee, dwa że z tego konkretnego osiedla wszędzie daleko. I trzy, że nad Wisłą. A z zamierzchłych czasów dzieciństwa pamiętałam jeszcze ustawiane barykady z worków z piaskami, mrożące krew w żyłach reportaże w telewizji i radość, że jakby co, to my mamy mieszkanie na wzgórzu.
A teraz Otwock podmywa, za Wałem Miedzeszyńskim wybija woda gruntowa, na położonej nieopodal Ogórkowej pospolite ruszenie, sąsiedzi jak w moich wspomnieniach obwarowują się workami z piaskiem, moi rodzice pojechali na wesele, Łukasz na urodziny swojej mamy, a ja siedzę na trzecim piętrze na Dolnym Mokotowie razem z kotem i cieszę się chociaż, że jakby co, to kot jest bezpieczny. Zaglądam na siejącą popłoch i grozę stronę Gazety Wyborczej i wykazuję stan pełnej gotowości by wyruszyć na Statek Matkę i ewakuować piwnicę [co z tego, że to ponad godzina tłuczenia się autobusami - rodzice powinni w tym czasie dotrzeć nawet z Radomia].

W czwartek oprowadzałam pierwszą w moim życiu wycieczkę po ogrodzie botanicznym. Byli to gimnazjaliści, którzy przyjechali do Warszawy na kilkudniową wycieczkę. Duża grupa podzieliła się na pół tak sprytnie, że Ania dostała prawie samych chłopaków i jedną opiekunkę, a moja koedukacyjna połowa dostała opiekunów w ilości czterech. Dzięki temu Ania musiała walczyć z bandą chłopaków, którzy dosłownie uciekli ze szklarni, a ja musiałam błyszczeć profesjonalizmem przed gronem pedagogicznym. Nie wiem, co gorsze.
Na szczęście wesoła grupka była bardziej zainteresowana trzaskaniem sobie fotek w każdym miejscu, gdzie coś kwitło, gdzie stała ławeczka, były górki albo cokolwiek innego. Zaprowadziłam ich do kwitnących azalii i tylko uśmiechałam się z pełnym zrozumieniem na wszystkie "och" i "ach".
A już jutro emeryci. Obawiam się, że nie będą równie uzbrojeni w cyfrówki i zdeterminowani, by mieć co wrzucić na najpopularniejsze serwisy społecznościowe, z fotką.pl na pierwszym miejscu.

Bodajże w poniedziałek szklarniowy Piotr powiedział do nas: weźcie sekatory i idźcie do kolekcji dydaktycznych. Chodziło mu naturalnie o powycinanie suchych liści i pędów, ale nie byłybyśmy początkującymi ogrodnikami, gdybyśmy nie uszczknęły czegoś dla siebie.
Wróciłam do domu z całą masą materiału roślinnego, z bogatą kolekcją fiołków afrykańskich na czele. Pięciolitrowa ziemia uniwersalna - 3 zł, ukorzeniacz - 6 zł, plastikowe kubeczki - 1 zł za 6 sztuk. Zabawa: bezcenna.
A ile roślin rzeczywiście zapuści korzenie, to już inna sprawa.

Zadania na dzisiaj do wykonania:
1. Zawlec dupę i aparat do Powsina, przygotować się na inwazję emerytów.
2. Przyswoić rośliny lecznicze, z tego samego powodu.
3. Odkurzyć, nim coś zacznie biegać po podłodze.
4. Umyć okna.
[Zauważyłam, że jeśli wypiszę sobie kilka rzeczy, które mam zrobić danego dnia, to zrobię je wszystkie poza jedną-dwoma; tylko w tym celu dodałam punkt czwarty].

skomentuj (1)



Tak mam i już
24.05.2010 :: 22:44

Dzisiaj piszę z dodatkowym ładunkiem na kolanach.
Parę dni temu, gdy ktoś cały czas był w mieszkaniu, kot gardził naszym towarzystwem i zaszywał się w czeluściach wersalki. Jej obecność można było stwierdzić tylko po lekko drgającej końcówce ucha, która migała w mroku, gdy zajrzało się przez dziurę do pojemnika na pościel. Wystarczyło jednak zostawić kota na parę godzin samego, i teraz przez cały wieczór chodzi za mną, a jeśli tylko gdzieś przysiądę, układa mi się na nogach, żebym nie mogła się już nigdzie więcej ruszyć.
I to jest COŚ, a nie wiecznie merdające ogonem psy, które cieszą się bez względu na to kto, kiedy i po co przychodzi.

Sobotnie oprowadzanie wycieczki emerytów po ogrodzie botanicznym poszło mi całkiem dobrze. Nie różnili się zasadniczo od gimnazjalistów - byli bardziej kulturalni, robili mniej zdjęć, ale jeśli chodzi o typy ludzkie, to nic szczególnego przez ostatnie pół wieku się nie zmieniło. Była grupka "do przodu, szybciej", która zadawała pytania, a czasem wręcz zagadywała mnie sama, tak że nie mogłam wtrącić słowa. I był ciągnący się z tyłu ogon, przemieszczający się tylko od ławeczki do ławeczki i marudzący, czemu ciągnę ich taaak szybko. I ów ogon bynajmniej nie składał się z najbardziej posiwiałych i zgarbionych staruszeczek; nie, były w nim zadbane, dobrze trzymające się panie z tych relatywnie młodszych. Było też kilku starszych, wiecznie sobie żartujących panów, którzy do złudzenia przypominali niektórych gimnazjalistów.
Następne dwa tygodnie mam naszpikowane różnymi wycieczkami szkolnymi, ale teraz już żadna nie będzie mi straszna. Może poza jedną jedyną.
Zgodnie z teorią przyświecającą mi przy większości podejmowanych decyzji, a głoszącą "hej, będzie śmiesznie", zgodziłam się w tą sobotę wziąć wycieczkę studentów politechniki.
Cóóóż, dla kogoś na pewno będzie śmiesznie, tylko pewnie nie dla mnie.

Pewien czas temu mój szatański kuzyn wysłał mi na fejsbóku zaproszenie do grupy "NIE dla kościoła!". Byłam z nim całym sercem, ale ginąć za szczytne idee nie zamierzam. A jako że studiuję na mega katolickim kierunku z całą masą głęboko wierzących i czynnie praktykujących chrześcijan, nie uśmiechało mi się specjalnie przyznawać do odmiennych poglądów.
To nawet nie chodzi o to, że obraziliby się na mnie, wykluczyli ze swojego grona czy takie tam. O nie. Oni próbowali by ze mną uprzejmie porozmawiać. Pokazać jedyną słuszną ścieżkę. Spróbować nawrócić. A przynajmniej odbyć jedną z tych dyskusji, które uwielbiam, gdzie obie strony są absolutnie przekonane co do swoich racji, rzucają niepodważalnymi argumentami na poziomie "bo tak i już" i generalnie nikt nigdy nie przekona drugiej strony, ale i tak będzie próbował. Mogłabym właściwie rozpisać całą dyskusję na kartce [albo w zeszycie o stu stronach], dać wszystkim do podpisu i wyszłoby na to samo.
Jako że wolę rozmawiać np. o życiu osobistym nieobecnych znajomych niż o kwestiach wiary, nie wychylałam się nigdy z moją antypatią do instytucji kościoła, ani generalnym brakiem wiary. Nie, żebym kiedykolwiek kogokolwiek bezpośrednio okłamywała; pozwalałam raczej wszystkim myśleć, co sobie chcą.
Aż do wczoraj.
Zaplanowałam ugotowanie dla siebie pysznego obiadu,który wymagał kilku podstawowych składników typu mąka. Zwiozłam moje szanowne litery z trzeciego piętra i ruszyłam do najbliższego sklepu. Który był zamknięty. Przeszłam się więc dalej i dalej. Jeśli nawet coś było otwarte, to zwykle malutkie budki, niezaopatrzone w cud terminalu do kart płatniczych, a ja rzadko należę do szczęśliwych posiadaczy gotówki. Przelazłam pół dolnego Mokotowa, żeby w końcu na drzwiach oddalonego o cztery przystanki Tesco odkryć, że właśnie dziś cała załoga [i ja również] obchodzi Zielone Świątki, czym by nie były. W tym momencie poczułam przepływające przez mój układ krwionośny czyste, pierwotne zło. Mijając po drodze pobliski kościół, w którym odbywał się kiermasz, nieomal miałam ochotę do nich wpaść, powiedzieć, co na ten temat myślę i obrabować z całego jedzenia, które obowiązkowo na kiermaszu musi być. Radosna melodia o synachmaryjnych nie podziałała na mnie uspokajająco.
Cóż, wróciłam do domu i ze wszystkiego co znalazłam stworzyłam dobrą wariację na temat "pizza domowa", ale nim ją upiekłam, dołączyłam do tej nieszczęsnej grupy "NIE dla kościoła!". Cóż, chociaż na tyle buntu mogę sobie pozwolić.
Mija dzień drugi z wynikiem: ZERO prób nawracania, ZERO egzorcyzmów, ZERO ekskomunik. Słabo się starają.

Od trzech miesięcy na wszelkie pytania na temat pisania mojej pracy inżynierskiej odpowiadam w ten sam lakoniczny sposób. Co zawsze wywołuje żywy entuzjazm u wszystkich moich rozmówców; to miło znaleźć od kogoś, kto jest jeszcze bardziej do tyłu niż ty, czyż nie?

skomentuj (0)



Tydzień, w którym życie było stosunkowo dobre.
30.05.2010 :: 15:07

Po tygodniu spędzonym na praktykach w ogrodzie botanicznym, jedno mogę powiedzieć na pewno: śmierć z przepracowania raczej mi nie grozi.
Ktoś, kto będzie sprawdzał mój dzienniczek praktyk, będzie na pewno pod wrażeniem ilości czynności, jakie udało mi się wyskrobać z pierwszego dnia: szkolenie BHP (można przewrócić się idąc po chodniku, porazić prądem gotując wodę na herbatę w czajniku elektrycznym, być wystawionym na nadmierny stres związany z odpowiedzialnością za pielenie grządki); szkolenie przeciwpożarowe (krzyczeć głośno, dzwonić po straż i uciekać); zapoznanie się z ogrodem (bardzo istotne, szczególnie że zdałyśmy wcześniej egzamin na przewodniczki); zapoznanie się z pracą Zakładu Ekologii i laboratoriami. Nie ma co, ciężki dzień.
Następne trzy dni spędziłyśmy pracując w sklepie ogrodniczym przy ogrodzie, gdzie generalnie robiłyśmy to co zawsze: pieliłyśmy. I wszyscy byli zadowoleni. My, bo przyjeżdżałyśmy na dziesiątą i siedziałyśmy dwie do czterech godzin, z przerwą na kawę. Właściciel sklepu, bo ot tak dostał darmową siłę roboczą. Pan który organizuje nam praktyki, bo się nas pozbył i miał święty spokój. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie starszy pracownik, który na dzieńdobry zapytał nas, czy chodzimy do kościoła. Nasze głębokie milczenie chyba nawet jego zakłopotało.
Jako że nikt nie ma nic przeciwko, żebyśmy w trakcie naszych praktyk przeszły się z wycieczką od czasu do czasu, to w czwartek wzięłam podstawówkę. O ile gimnazjaliści pytali tylko czy mamy konopie indyjskie i grzyby halucynogenne, o tyle dzieci z drugiej i trzeciej klasy były zainteresowane rosiczkami i gdzie mogą kupić pamiątki.

W czwartek wybraliśmy się z Łukaszem na urodzinowego grilla jego kolegów. Kiedy teraz przypominam sobie co wtedy spożyłam, to zastanawiam się, jakim cudem jeszcze żyję.
Zaczęłam od niewinnego piwa z koleżankami jeszcze przed grillem. A później oddałam się degustacji różnych eliksirów, pracowicie mieszanych przez studentów turystyki, których głównymi składnikami były: wódka, wino, balsam pomorski, napoje gazowane i, żeby było ciekawiej, ogórek. Na deser spożyłam jeszcze tajemniczy procentowy płyn z własnoręcznie zakupionej puszki, której pani w sklepie zdecydowanie nie powinna była mi sprzedawać. Ale sprzedała, radośnie polecając.
Nie tylko nie umarłam, ale przepełniał mnie tak pozytywny stosunek do świata, że radośnie wchodziłam w werbalne interakcje ze znajomymi Łukasza, z którymi na ogół ciężko mi było znaleźć wspólny temat. To był cholernie udany wieczór, albo jeśli idzie o ścisłość, popołudnie, wieczór i pół nocy. Magia eliksirów.
Chudy zapytał mnie, czy przypadkiem nie zmieniłam koloru oczu. Nie; ja tylko dla odmiany użyłam tuszu do rzęs.
Może mniej przyjemny był powrót do domu, nie żebym nie lubiła nocnych przechadzek z jednej dzielnicy Warszawy do drugiej, ale przy takich okazjach zwykle włącza mi się myślenie, i to nie z rodzaju tych najprzyjemniejszych myśleń. Z rodzaju tych, które boją się światła słonecznego, ale lubią alkohol. Argh.

Po tak uroczo spędzonym wieczorze i spożyciu tylu potencjalnie toksycznych substancji, pozwoliłam sobie na trzy i pół godziny snu, żeby następnie wstać, podjąć próbę reanimacji prysznicem i gorzką herbatą z miętą i przystąpić do działania. Powlokłam swoje zwłoki na Żwirki i Wigury, gdzie w ramach praktyk miałam liczyć mszyce.
W mojej karierze ogrodniczej karmiłam już ślimaki, zakładałam hodowlę gąsienic motyli i przeszukiwałam liście truskawek w poszukiwaniu przędziorka, więc kiedy przyszło mi liczyć mszyce na liściach drzew, wzruszyłam tylko ramionami i ucieszyłam się, że na świeżym powietrzu, bo tam zawsze łatwiej zachować przytomność umysłu i stabilność żołądka. Zadanie okazało się być dość monotonne, bo na każdym drzewie miałyśmy sprawdzić czterdzieści liści, a mszyc bywało na ogół od kilkunastu do stu kilkunastu. Dodatkowo, od ich słodkiej wydzieliny lepiły mi się całe ręce, ruch uliczny śmierdział spalinami i jak na koniec maja, było cholernie zimno. Dziewczynom liczenie wydawało się iść o wiele szybciej i sprawniej - zabawne, ciekawe czemu - i wkrótce zaczęłam bardziej szacować niż liczyć. Ogólnie to powiem jedno - jeśli chce się mieć jakiekolwiek wyniki z pracy doświadczalnej, lepiej nie zatrudniać do niej studentów na kacu.
Chociaż właściwie kac nie zdążył jeszcze nawet przyjść.
Ogólnie dzień mogę zaliczyć do udanych. Liczenie mszyc zajęło dwie i pół godziny zamiast siedmiu, które wpiszę sobie do dzienniczka. Po tak dzikiej mieszance alkoholi nie bolała mnie nawet głowa, a mój żołądek przetrawił je bardziej gładko, niż nie jeden obiad. Tyle że działo się coś dziwnego z grawitacją, działała na wszystkie strony, a ludzie w autobusie śmierdzieli jeszcze bardziej niż zwykle.

Wczoraj zamiast pójść na dwie wycieczki, w tym jedną z politechniką, musiałam jechać z rodzicami na pogrzeb. Nie powiedziałabym, że zmarła była mi w jakikolwiek sposób bliska, ani przez więzy rodzinne, ani osobiście, ale zaczynam powoli rozumieć, o co chodzi w tym "rzuć wszystko, pracę, egzaminy i jedź na drugi koniec kraju bo ktoś umarł". Wcale nie o żegnanie zmarłego, któremu jest już wszystko jedno. Chodzi raczej o pozostawioną na ziemi jego żyjącą rodzinę, dla której miły gest pofatygowania się może mieć jakiekolwiek znaczenie. I to ma sens. To mnie przekonuje.
Co nie zmienia faktu, że siedząc w kościele na mszy żałobnej, a tym bardziej stojąc na uroczym wiejskim cmentarzu, musiałam się nieźle pilnować, żeby nie zacząć się uśmiechać. Bo czułam się przeradośnie. Spędziłam uroczy poranek z ukochanym, wylegując się do oporu w łóżku. Załatwiłam z rodzicami kwestię wakacji, a było co załatwiać. Było mi po prostu dobrze. Współczuję grabarzom, udawanie powagi i smutku gdy wcale się tego nie czuje, jest cholernie ciężkie.

A plany wakacyjne, które moi rodzice zdążyli zaakceptować, były szalenie interesujące. Stachu zaprosił nas do Szkocji, Łukasza do pomocy przy układaniu paneli, mnie przy okazji. Zamierzałam sobie też poszukać pracy, może udałoby mi się znaleźć coś ogródkowego. Siedzielibyśmy sobie tam przez dwa miesiące, pracowali, a w wolne dni zwiedzili pół Szkocji. Odwiedziłabym miejsca w Cambridge i w Londynie w których byłam i których nie mogę zapomnieć. Ach i och. Łukasz może nawet zostałby tam dłużej, do mojej obrony. A potem kto wie, milion możliwości.
Kluczowe słowo co do owych planów to BYŁY. Już nie są. Stachowi pokomplikowało się trochę życie i po wszystkim. Argh.
Innym razem.

skomentuj (0)




...........................................

2012: 01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11 12
2011: 01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11 12
2010: 01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11 12
2009: 01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11 12